|
Dziwna choroba dotyka wszystkie osoby obejmujące w naszym kraju urząd ministra finansów, ministra gospodarki, ministra skarbu i premiera również. Choroba ta nazywa się lafferofobią. Zakładając, że wszystkie osoby zajmujące wymienione wcześniej stanowiska, miały do czynienie w swoim życiu z ekonomią, z pewnością spotkały się również z teorią Arthura Laffera.
Można dużo mówić z sarkazmem o podejściu naszych ministrów do ekonomii i teorii Laffera, czy idei obniżenia obowiązkowych obciążeń obywateli w ogóle, ale sprawa jest poważna i w poważny sposób dotyczy przyszłości polskiej gospodarki i przyszłości Polski w ogóle. Podstawową przesłanką dla polityki fiskalnej państwa formułowaną w oparciu o teorię Laffera jest zwiększenie wpływów podatkowych poprzez obniżenie stopy opodatkowania. Przypomnijmy, że Arthur Laffer jest znakomitym amerykańskim ekonomistą. Swego czasu był bliskim współpracownikiem Ronalda Reagana. Sławę przyniosła mu teoria opracowana w latach 70-tych ubiegłego wieku, w której opisał zależność między wysokością opodatkowania obywateli a wpływami do skarbu państwa z tego tytułu. Zależność tę obrazuje tzw. krzywa Laffera. Z teorii Laffera wynika, że wzrost podatków zwiększa wpływy budżetowe, ale tylko do pewnego momentu. Później zaczynają one maleć. Powyżej tej granicy podatnicy zaczynają myśleć, że państwo ich okrada i uciekają w szarą strefę. W Polsce tę granicę przekroczyliśmy trzykrotnie. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że Polacy płacą 57 różnych danin na rzecz państwa. Jesteśmy najbardziej wyciskanym narodem Europy. Arthur Laffer założył oczywiście, że państwo jakieś dochody do budżetu posiadać musi. Potrzeba przecież środków na utrzymanie służb zapewniających bezpieczeństwo i porządek publiczny. Dlatego też poszukuje się opodatkowania optymalnego, z którego zadowoleni byliby wszyscy - obciążenie rzędu 20-25% zapewnia maksymalne dochody do budżetu państwa. Krzywa Laffera pokazuje zatem taki poziom stopy podatkowej, przy którym obywatelom opłaca się nie kombinować i nie oszukiwać fiskusa; optymalny poziom to cena, jaką godzą się obywatele płacić za święty spokój. Dotąd nie wiadomo, dlaczego osoby odpowiadające za budżet w Polsce, nie pamiętają o tej prostej zasadzie, a Arthur Laffer jawi się im jako fantasta. Od dawna przecież wiadomo, że nadmierne obciążenie podatkami wcale nie oznacza większych wpływów do budżetu. Kilka lat temu mogliśmy tę prostą zasadę poznać z autopsji, zmniejszając akcyzę na wyroby spirytusowe. Obniżka stawki akcyzy w roku 2002 skutkowała zwiększeniem dochodów budżetu państwa z tego tytułu. Analogicznie sytuacja miałaby się z podatkami, jakimi są obciążani obywatele Polski. Nadmierne obciążenie powoduje zejście do szarej strefy, ukrywanie dochodów, a przez to nie płacenie podatków. Wysokie podatki powodują bowiem, że opłaca się oszukiwanie fiskusa, a rozwijanie własnej działalności - nie. Obniżanie podatków przynosi natomiast skutek odwrotny - znika szara strefa, powstają nowe firmy, a już istniejące zaczynają inwestować. Czołowi ekonomiści wielu państw z sukcesem zastosowali teorię Laffera w swoich ojczystych gospodarkach: w Stanach Zjednoczonych, Nowej Zelandii, czy bliższych nam Irlandii, Estonii i Słowenii obniżenie stopy procentowej dało pozytywny efekt. Jedynym wytłumaczeniem polskiej lafferofobii jest domysł, że rządy polskie obawiają się krótkoterminowego efektu, jaki daje obniżenie podatków. Jak pokazują doświadczenia innych państw, pierwsze pozytywne efekty widać po upływie od 6 do 18 miesięcy po wprowadzeniu zmian. Nie jest to okres w świecie ekonomii długi i może wreszcie warto byłoby odważnie "podjąć ryzyko" obniżenia stóp podatkowych w Polsce, co w końcu wyszłoby na zdrowie, najpierw obywatelom, potem budżetowi państwa, a jako że zależność jest dwustronna - w konsekwencji wszystkim. Cykl wyborczy niestety często skłania rządy do optymalizacji krótkoterminowej, co jest poważnym ograniczeniem zastosowania teorii Laffera w praktyce. Niebezpieczne jest jednak to, że rząd polski próbuje teorię Laffera podważyć. Głośno mówi się przecież o obniżce podatków, a tak naprawdę wprowadza się podwyżki, aby następnie pokazać, że: no przecież obniżyliśmy podatki, a wszystkim się pogorszyło. Głośno mówi się o obniżce kosztów pracy. Pracodawcom proponuje się m.in. obniżenie płaconej przez nich składki na ubezpieczenie rentowe pracownika, cicho jest natomiast o serwowanej im podwyżce, jaką jest przerzucenie na pracodawcę obowiązku zapłaty za pracownika składki na ubezpieczenie chorobowe. W układzie dawania i zabierania pracodawca niestety nie zyskuje - ale przecież rząd głośno chwali się obniżką obowiazkowych obciążeń. Próbują za to nasi włodarze wprowadzać w Polsce inną teorię, bardziej znanego w Polsce niż Laffer człowieka, który nazywał się Janosik: złupmy bogatych, oddajmy biednym. Niestety rząd polski znajduje się w połowie drogi do zostania Janosikiem: łupie bogatych, tylko jeszcze nie daje biednym. A właściwie to łupie wszystkich i nie daje nikomu. Życzę Polsce, aby jak najszybciej zmieniła się hołdowana przez rząd teoria: z pseudo-janosikowej na lafferowską. Stanisław Gorczyca Poseł na Sejm RP V kadencji Ostróda, 10 lipca 2006 r. |